Jeśli wszystko pójdzie jak zwykle, wkrótce rozpocznie się 71. Berlinale. Mówi się o filmach, które można zobaczyć i tych, których nie widać, a także o gwiazdach przybywających i trzymających się z daleka. I są spekulacje na temat tego, jak duet managerski Carlo Chatrian i Mariette Rissenbeek wystąpi na swoim drugim Berlinale. Być może nie będzie też mowy o Dieterze Kosslicku, którego kontrakt jako szefa Berlinale wygasł w 2019 roku po 18 latach na szczycie – i nie został przedłużony, chociaż Kosslick, jak słyszano, nie miał dość tego urzędu.
Teraz z pewnością znowu zacznie mówić, ponieważ na początku marca jest tylko jedno cyfrowe Berlinale dla branży i jedno dla publiczności latem, a wspomnienia Kosslicka ukażą się we wtorek. Oczywiście ciekawie będzie zobaczyć, jak widzi okoliczności swojego wyjazdu, w tym jego historię, która rozpoczęła się w 2017 roku listem otwartym od niemieckich reżyserów wzywającym do zmiany kierunku festiwalu, czy też komentuje działalność minister stanu ds. Kultury Monika Grütters.
Urodzony gospodarz
W książe „Zawsze pozostań na dywanie. Nie ma mowy o magicznych chwilach i przyszłości kina ” pokrótce opisuje ostatni duet z Anke Engelke , z którym Kosslick rywalizował na gali otwarcia od 2003 roku, oraz pożegnanie w Friedrichstadt-Palast z Toten Hosen, zrozumiałe uczucie odejścia po 35 latach jako sponsor filmowy i dyrektor festiwalu. Być może rozsądnie byłoby nie iść w jego ślady, ale milczenie Kosslicka jest bardziej wymowne niż gdyby moderował wyjście frazą, że powinieneś wyjść, kiedy będzie najlepiej.
Nie jest jednak tak, że 72-letni obecnie Kosslick nie mógł by dać rady trudom festiwalowym. Dzięki swojej otwartości i gościnności nadał festiwalowi swój prestiż i charyzmę, których nie miał przez ostatnie 21 lat pod rządami Moritza de Hadelna. Kosslick był urodzonym gospodarzem, który witał gwiazdy w czarnym kapeluszu i czerwonym szaliku i wykorzystywał swoje koneksje polityczne, aby utrzymać festiwal na właściwej drodze. Atak frontalny nigdy nie był jego sprawą. Robi to inaczej. Bardziej elegancko. Monice Grütters, której w odróżnieniu od swoich poprzedników Neumanna i Naumanna nie dziękuje w napisach końcowych, dodaje olśniewające zdanie określające jej charakter: „Najbardziej pokochała czerwony dywan”.
Kino, kuchnia, klimat
A to, co myśli o erze de Hadeln, staje się jasne, gdy opisuje pierwsze spotkanie z pracownikami po tym, jak de Hadeln początkowo odmówił mu wstępu do pomieszczeń Berlinale. Wszyscy zamilkli, aż w końcu jeden z pracowników wstał i powiedział: „Wiesz, nie jesteśmy przyzwyczajeni do mówienia w obecności dyrektora”. Przede wszystkim Kosslick zamówił wino dla wszystkich. I wspomina o „tradycyjnie złej kolacji z okazji imprezy” pod przewodnictwem de Hadelna i jego wysiłkach na rzecz podniesienia kulinarnego poziomu festiwalu.
To prowadzi prosto do dziwnego punktu w tych pamiętnikach, co nie jest zaskoczeniem. Po trzech częściach składających się na książkę, jest jasne, jak kształtują się relacje Kosslicka pomiędzy kinem, kuchnią i klimatem. Wspomina piekarnię z dzieciństwa, chwali precle z masłem i ruch slow food. Przede wszystkim zawsze jest więcej pasji niż wtedy, gdy mówił o kinie. Chociaż wspomina obraz „Ben Hur”, jako swoje wielkie i niezapomniane doświadczenie w kinie w Pforzheim w wieku jedenastu lat, większość jednak wypowiedzi o filmach pozostaje raczej bezbarwna i nijaka.
Dziwnie niezdecydowany
Czasami zdarza się żenujący błąd, gdy wspomina o „Deklaracji hamburskiej” twórców filmu z 1979 r., trzeba wspomnieć, że sygnatariusze tacy jak Hauff, Schlöndorff czy Herzog opublikowaliby „Manifest z Oberhausen” – niestety bez niego. Udział wspomnianego powyżej miał miejsce już w 1962 r. Wydawca również to przeoczył i może to poprawić dopiero w drugim wydaniu.
Jasne, Kosslick dzieli się również kilkoma naprawdę dobrymi anegdotami. Tak jak Fidel Castro z 2003 roku zaproszony, gdy „Comandante” Olivera Stone’a był prezentowany na Berlinale. Castro się zgodził – i, jak powiedział zły minister spraw zagranicznych Joschka Fischer Kosslick, bie dopuscił do wizyty Castro, aby nie przysporzyć więcej problemów rządowi Schrödera. Zabawna jest także wizyta w Korei Północnej i zwyczaj, że delegacja z Kim co roku przedstawia Berlinale z takim samym zestawem do herbaty w tym samym pudełku. Krótki marsz Kosslicka przez instytucje jest też zabawny, gdy okazuje współczucie lewicowemu Hansowi-Ulrichowi Klose, któremu służył tekstem przemówienia w Hamburgu. Z drugiej strony raczej zbędne jest parlando o filmach i lotniskach lub odcinek, w którym przyniósł własną gitarę elektryczną z czasów swojego szkolnego zespołu, kiedy odwiedził Rolling Stones i zagrał kilka akordów z Ronniem Woodem w pokoju VIP.
Kogo obchodzi estetyka?
Spojrzenie „za zasłonę” i rozmowa „ze skrzynki z nićmi, oczywiście zawsze ze szwabską dyskrecją” wydają się dziwnie niezdecydowane. Osobiste zabarwienie nie jest tak wyraźne, jak znasz Kosslicka, ani nie dowiadujesz się niczego ekscytującego o tajemnicach codziennego życia festiwalowego. Nie więcej niż ktokolwiek może sobie wyobrazić, kto przeczytał, jak irański reżim próbuje uciszyć reżysera Jafara Panahiego lub jak chińska cenzura lubi przedstawiać „problemy techniczne”. Dieter Kosslick podziela los wielu stand-upów, którzy w świetnej formie występują na żywo przed publicznością, która z nieprzewidzianymi sytuacjami radzą sobie z intuicją, bystrością i bezczelnością i ciągną za sobą całą salę: Zapisują, nagrywają, i chcą zachować dla potomności to, co się działo.
W książe nie otrzymasz prognozy Kosslicka dotyczące przyszłości kina. Wyraża kilka dobrze znanych poglądów na temat streamingu i kina, porównując dość pobieżnie obecny kryzys z kryzysem, w jakim kino znalazło się wraz z nadejściem telewizji. A przede wszystkim poświęca się tematowi „zrównoważonego rozwoju”. Wymienia słowa kluczowe, takie jak „Zielone strzelanie”, oraz kilka interesujących danych na temat tego, ile CO2 stanowi to „miejsce zbrodni” i jest zachwycony swoim „czerwono-zielonym dywanem” na Berlinale, ponieważ to materiał pochodzący z recyklingu ….
Zła krytyka
Nie ma w tym nic złego. Jest szlachetny, pomocny i dobry, nikomu nie szkodzi i nie zaszkodzi porównywać sytuację drobnych producentów w branży filmowej i spożywczej, którzy muszą występować przeciwko globalnym korporacjom. Czytając można tylko odnieść wrażenie, że kwestie estetyki, które pojawiają się w filmach i festiwalach, są dla Kosslicka mniej interesujące niż klimat i festiwalowa kuchnia. Jedyny raz, kiedy wspomina o spotkaniu, które „całkowicie zmieniło jego życie”, nie chodzi o film, ale o posiłek u Wolframa Siebecka. Nic dziwnego, że seria „Kino Kulinarne” była sercem projektu Kosslicka w latach berlińskich.
Mniej ważna była dla niego krytyka filmowa, „ten szczególny rodzaj osobistej i złośliwej krytyki filmowej jako muzyki towarzyszącej festiwalowi”. Mówi o „niekończącej się złej krytyce”, „zniesławiających obelgach”. Jest to zauważalne o tyle, że żaden z adresatów w całej książce nie jest ostrzejszy niż recenzja filmu – nawet jeśli jest ogólnikowa i bez dowodów. Poza tym „muzyka towarzysząca” przez długie lata Berlinale brzmiała życzliwie i harmonijnie. Dopiero gdy urok nowych początków zaczął nieco słabnąć, przyjrzeli się bliżej: filmom, a nie tylko festiwalowej atmosferze, którą ukształtował Kosslick. To już jest zadaniem krytyki.
Oprac. Andrzej Mroziński




