Szum wokół aplikacji społecznościowej Clubhouse dotarł do Niemiec. Stoi za tym Marc Andreessen, który sfinansował już wiele firm internetowych. Aplikacja do czatu to jego najnowszy żart.
Kiedy połowa Niemiec mówi o tym, że premier Turyngii Bodo Ramelow zawstydził się w nowej aplikacji Clubhouse, to jest to dowód na sukces zupełnie innego mężczyzny, 15 lat młodszego i 9000 kilometrów stąd: dla Marca Andreessena, tajemniczego króla Doliny Krzemowej. Twitter, Skype i Instagram, firma zajmująca się grami Zynga i Slack, platforma komunikacyjna dla współpracowników – Marc Andreessen i jego firma mają w tym palce praktycznie za każdym razem, gdy amerykański Internet robi się ekscytujący. W zarządzie nadzorował Ebay i Hewlett-Packard Enterprise. Przekonał założyciela Facebooka Marka Zuckerberga, aby nie sprzedawał swojej firmy Yahoo, ale sam uczynił ją wielką.
Był także jednym z pierwszych w sieci WWW. Andreessen nie ma jeszcze 50 lat, ale praktycznie zarabia na życie z Internetu, odkąd był on w sieci. Jako student University of Illinois w 1993 roku wynalazł pierwszą nowoczesną przeglądarkę internetową o nazwie Mosaic. Niedługo później założył z nim własną firmę w Dolinie Krzemowej. Ponieważ uniwersytet nie chciał, aby przyjął nazwę w swojej prywatnej firmie, wynalazł nową przeglądarkę: Netscape. Jego dzieło stało się najpopularniejszym programem do zdobywania Internetu w latach 90. Ale wtedy Microsoft odkrył sieć. Andreessenowi udało się sprzedać firmę Netscape firmie AOL za ponad cztery miliardy dolarów. Sam program został już wydany do dalszego niekomercyjnego rozwoju. Firefox wyrósł z tego projektu,
Kolejna własna firma Andreessena również stała się firmą miliarderską. Był to korporacyjny dostawca usług internetowych. Ostatecznie Andreessen zaczął inwestować w start-upy ze swoim partnerem biznesowym Benem Horowitzem. Andreessen zna praktycznie każdego w amerykańskim świecie Internetu, także dlatego, że jest zabawnym rozmówcą i znakomitym artystą – stworzył w ten sposób swój najnowszy hit: aplikację do czatowania Clubhouse, którą jego firma pomogła sfinansować.
Pomiędzy small talk a panelem dyskusyjnym
Clubhouse to aplikacja na smartfony, w której użytkownicy mogą spotkać się na rozmowę, bez wideo, tylko za pomocą dźwięku. To jak połączenie Twittera i połączenia konferencyjnego. Czasami w sali konferencyjnej siedzą tylko dwie lub trzy osoby, czasami jest ich 5000, z których tylko garstka może włączyć mikrofon. Bar-small-talk wśród przyjaciół i pełnoprawne dyskusje panelowe powstają z płynnym przejściem. Do dziś Andreessen również uczestniczy w dyskusjach praktycznie na co dzień, nawet jeśli inny kolega faktycznie jest odpowiedzialny za klub w firmie inwestycyjnej.
Nie ma co do tego wątpliwości: aplikacja pojawiła się w odpowiednim momencie, podczas lockdownu, gdzie nikt nie spotyka się osobiście w pubie i nie ma dyskusji panelowych, ale wiele osób siedzi samotnie w domu i ma dużo czasu. Szum zaczął się w Niemczech w połowie stycznia, kiedy dwóch podcastów wprowadziło aplikację i szybko rozprzestrzenił się na dwie elitarne grupy: z jednej strony wśród entuzjastów technologii, z drugiej w berlińskim świecie polityków i ich pracowników, lobbystów i dziennikarzy.
Wreszcie te dwie bąbelki znów miały nieskomplikowane miejsce spotkań, które można było odwiedzić nawet bez prysznica w piżamie i gdzie były one w dużej mierze między sobą: po pierwsze, aplikacja jest do tej pory dostępna tylko dla drogiego iPhone’a, po drugie dla każdego nowego uczestnika potrzebuje zaproszenia już istniejącej, jest przeszkodą do pokonania – i po trzecie, wielu innych nie odkryło jeszcze nowej aplikacji dla siebie. Trwał on tylko mocny tydzień, zanim najlepsi twórcy Twittera i Instagrama zabezpieczyli swoją pozycję w nowej sieci i upewnili się, że założyli nową sieć z największą liczbą obserwujących poprzez wczesną obecność.
Krytyka aplikacji
Jak w przypadku każdej nowej sieci społecznościowej, krytykuje się również ochronę danych, bezpieczeństwo programowania i zawartość w Clubhouse. Ochrona danych nie spełnia niemieckich standardów. Wszystkie rozmowy są nagrywane na amerykańskich komputerach. A jeśli chcesz zaprosić nowe osoby do klubu, musisz przyznać aplikacji dostęp do książki adresowej (możesz ją jednak później cofnąć; jeśli opróżnisz książkę adresową w międzyczasie i dopiero wtedy zaprosisz ludzi, nie nie trzeba przesyłać żadnych danych w ten sposób). Programowanie ma luki w zabezpieczeniach: jeśli hakerzy znają numer telefonu komórkowego, mogą ustalić, czy właściciel jest już zarejestrowany w klubie i zablokować go.
W Ameryce, gdzie aplikacja jest popularna od kilku miesięcy, widać też wady tego, że moderowanie dyskusji jest pozostawione uczestnikom: nienawiść i ksenofobia rozprzestrzeniają się w niektórych grupach, ale w Niemczech grupy użytkowników są nadal tak jednorodne, że dobra kultura dyskusji jest bardziej prawdopodobna. To wszystko raczej nie zmieni się szybko. Firma zatrudnia tylko dziesięciu pracowników. Firmy Andreessena tradycyjnie otrzymują wsparcie od pracowników jego funduszu, ale prawdopodobnie upłynie jeszcze kilka tygodni, zanim aplikacja na Androida będzie dostępna. Firmie daleko jest do zarabiania pieniędzy; obecnie planuje, że prelegenci będą mogli zdobyć pieniądze od publiczności. Część tego na pewno trafi do kasy klubu.
Może cały szum dobiegnie końca pod koniec pandemii. Jedno jest pewne: firma przetrwała już miesiące w Stanach Zjednoczonych, a dopiero w zeszłym tygodniu przy okazji nowych inwestorów wartość spółki wzrosła do miliarda dolarów.



