35 lat temu, 26 kwietnia 1986 roku, miał miejsce wypadek w Czarnobylu. Natalija Tereshchenko miała 35 lat i była lekarzem brygady na miejscu. W rozmowie w 2014 roku wspomina wydarzenia z tamtego czasu. Ukrainka Natalija Tereshchenko ma wtedy 70 lat i jest bardzo szczęśliwa, że osiągnęła ten wiek. Wielu jej rówieśnikom i kolegom z pracy to się nie udało, odeszli.. W kwietniu 1986 roku młoda lekarka została wyrwana ze spokojnego życia rodzinnego i wysłana wraz z kilkudziesięcioma innymi lekarzami do Czarnobyla, gdzie wcześniej miała miejsce najgorsza awaria reaktora jądrowego w historii ludzkości. Nie wiedząc, czego się tam spodziewać, wówczas jeszcze młody lekarz i matka dwójki dzieci napotkali złowieszczy i śmiertelnie skażony świat Czarnobyla. To wspomnienie nigdy nie opuściło jej życia. W wywiadzie naoczny świadek przypomniał sobie dni po wypadku jądrowym i swoją pracę w bezpośrednim sąsiedztwie reaktora, kiedy nikt nie potrafił poprawnie ocenić jego wymiarów.
Redakcja : Kiedy po raz pierwszy usłyszałaś o wypadku w Czarnobylu?
Natalija Tereshchenko: 25 kwietnia po raz pierwszy usłyszałem w radiu, że na dachu reaktora miał wybuchnąć pożar. Nie mówiono wtedy, że może to być niebezpieczne dla ludności. Nie było żadnych dalszych informacji. Byłam jeszcze młodą lekarką, 35 lat, i nie potrafiłam go właściwie umiejscowić. Mój ojciec jest fizykiem i naukowcem. Następnie usłyszał w zachodniej radiostacji, że była tam radioaktywna chmura, która prawdopodobnie pochodziła z Czarnobyla.
Gdzie wtedy byłaś?
W Charkowie, we wschodniej Ukrainie, około 500 kilometrów w linii prostej od Czarnobyla. Majowe wiece odbyły się kilka dni później. Pogoda dopisała, ludzie tańczyli i imprezowali na świeżym powietrzu. Nikt nie wiedział, że to niebezpieczne. Następnie wiele pojazdów wojskowych i karetek pogotowia jechało w kierunku Kijowa. Wtedy podejrzewaliśmy, że wypadek w Czarnobylu nie mógł być tak nieszkodliwy. Następnie do Charkowa przybyli pierwsi ewakuowani z rejonu Czarnobyla. Zostali odkażeni i ponownie ubrani.
Jak to odbierałaś?
To było straszne. Była histeria. Ludzie się bali. Rodziny musiały wszystko zostawić, dzieci płakały. Do Charkowa przywieziono około 15 000 rodzin. Musieliśmy zbadać wszystkich i rozprowadzić do szpitali ludzi, których morfologia była zła.
Czy mieszkańcy Charkowa zostali?
Później zbudowano dla nich nowe miejsce, Wilcze, 70 km od Charkowa. Jednak wiele starszych osób wróciło do strefy. Problem w tym, że od czasu do czasu rodziny jeżdżą do strefy z dziećmi, aby odwiedzić dziadków. Dzieciom poniżej 19 roku życia obecność tam jest surowo zabroniona, ale są ukrywane w samochodach pod kocami, aby je przemycić. Tam jedzą wszystko, co jest zabronione. Jagody, grzyby, skażoną żywność, które mogą wyrządzić poważne szkody dzieciom i młodzieży. Do dziś nie ma jeszcze strefy, o której można by powiedzieć, że jest bezpieczna. Radioaktywność może występować wszędzie.
Więc kiedy przyjechałeś do Czarnobyla?
Już 6 maja pierwsze osoby z Charkowa zostały wysłane do Czarnobyla do pracy. Wtedy też musiałem udać się w rejon z brygadą. Nie wiedziałem, co mam tam robić. Nie miało znaczenia, że mam dwoje małych dzieci. Musiałam ją zostawić z mężem. Pierwotnie powinnam była zostać na 20 dni, potem było 33. Dziś jest niewyobrażalne, jak wtedy wykorzystywano ludzi. W sumie po wypadku pracowało tam milion osób. Wielu żołnierzy, którzy byli jeszcze bardzo młodzi, nie wiedzieli, co robią. To zbrodnia, mroczny rozdział w historii ZSRR.
Co musiałeś tam zrobić? Jaka była Twoja praca?
Byłam w zespole medycznym, który miał zbadać krew ludzi, którzy pracowali w zrujnowanej elektrowni atomowej. Zostaliśmy zakwaterowani w miejscowym szpitalu i musieliśmy pracować 18 godzin dziennie, bez dnia wolnego. W naszym akademiku promieniowanie z okna było niezwykle wysokie, więc wszyscy starali się spać jak najdalej od niego. Ale nie mieliśmy żadnych urządzeń pomiarowych do samodzielnego pomiaru promieniowania. Żadnej odzieży ochronnej, tylko nasze białe fartuchy i proste maski do oddychania i tylko dwie dziennie. Przez cały czas pozostały mi tylko dwie tabletki z komisji rządowej, która badała reaktor. Inaczej nie było dla nas nic.
Czy wśród osób, których krew zbadałaś, było wiele ofiar promieniowania?
Spośród 30 przebadanych z pewnością zawsze było co najmniej pięć lub sześć, którym nie pozwolono już wrócić do reaktora, ponieważ ich wartości były zbyt złe. Po misji też zachorowałam, a w prawej ręce rozwinął się guzek. Wszyscy, którzy tam pracowali, mieli problemy sercowo-naczyniowe, bóle głowy i inne dolegliwości. Nie pozwolono nam jednak postawić diagnozy – „choroba popromienna”. Taki był rozkaz Ministerstwa. Mogliśmy zdiagnozować chorobę popromienną tylko wtedy, gdy ktoś chorował na IV stopień – to były bardzo poważne przypadki, kończące się śmiercią.

Czy nadal pozostajesz w kontakcie z innymi lekarzami, którzy również tam byli?
W brygadzie, z którą wtedy byłem, było 54 osoby, a żyją tylko trzy osoby. Ja i jeszcze dwie. Pozostali dwaj są już poważnie chorzy. Miałam szczęście, że mój mąż dostał pracę w Wietnamie w 1987 roku. Udało mi się opuścić z nim Ukrainę, do środowiska ze świeżym powietrzem i nienapromienioną żywnością. Dlatego wciąż żyję i jestem w dużej mierze zdrowa.
Co się stało z protokołami śledztwa z tamtego czasu?
Protokoły i inne dokumenty tam zebrane dane są nadal pod kluczem do dziś. To jest ściśle tajne. Te zapisy mogą być również cenne, jeśli gdzieś wydarzy się podobny wypadek – co, miejmy nadzieję, nigdy się nie zdarzy. Nadal nikomu nie wolno ich oglądać, 35 lat później.
Jak dziś radzisz sobie z katastrofą na Ukrainie?
Na Ukrainie wypadek do dziś jest tematem tabu. Mówi się o tym tylko trochę z okazji rocznicy 26 kwietnia. To najstraszniejsza katastrofa, jaka dotknęła nasz kraj. Jest bardzo dużo osób niepełnosprawnych i nadal istnieje wiele poważnych chorób związanych z promieniowaniem. Rząd milczy na ten temat i mało kto żyje z ludzi, którzy tam wtedy pracowali. Nikt nie może o tym mówić, a dzieci prawie nie uczą się niczego o Czarnobylu w szkołach. Ale jak możesz powiedzieć dzieciom, że ich ziemia będzie skażona przez tysiące lat?
Oprac. Andrzej Mroziński




