Komentatorzy polityczni (i ekonomiczni) często okazują się heglistami, gdy stwierdzają koniec pewnej epoki i związany z tym ruch wahadła posuwisto-zwrotnego na świecie. I czy nie każde stulecie musi się kiedyś zakończyć, nawet to amerykańskie, które trwało tak długo? Narrację o upadku Stanów Zjednoczonych kultywowano nie tylko wśród zwolenników Donalda Trumpa , gdzie uczciwą pracę w fabrykach zastąpiła spekulacja finansowa, gdzie wykształcenie młodych ludzi było słabe, a warunki życia dużej części społeczeństwa niepewne. Erozję bazy przemysłowej często postrzegano jako bezpośredni skutek dominującej ideologii neoliberalizmu w Stanach Zjednoczonych. Nic dziwnego, że wahadło historii musiało teraz przechylić się w stronę Chin i krajów związanych z jej powstaniem – zwłaszcza Niemiec.
W tej narracji doszło w ostatnich latach do znaczących pęknięć – i to nie tylko od czasu kryzysu koronowego. Niemiecki model biznesowy ma poważne problemy, ponieważ gospodarka i społeczeństwo zbyt długo zadowalały się sukcesami przeszłości. Dynamika wzrostu spada w porównaniu międzynarodowym, nie tylko dlatego, że w Niemczech energia jest zbyt droga , a Amerykanie i Chińczycy mogą nagle budować dobre samochody. Obraz „chorego człowieka Europy” znów krąży po sieci. Według najnowszych prognoz MFW w 2023 roku niemiecka gospodarka skurczy się prawdopodobnie o 0,3 proc.
Obecnie pojawiają się także wątpliwości, czy Chiny kiedykolwiek zastąpią USA jako superpotęga gospodarcza. Ponieważ tempo wzrostu gospodarczego w Państwie Środka spada, bezrobocie wśród młodych przekroczyło ostatnio 20 proc. (profilaktycznie od tego lata statystyki nie są publikowane). Przeinwestowanie w sektorze nieruchomości, spadek bezpośrednich inwestycji zagranicznych w związku z groźbą regulacji rządowych lub wywłaszczenia, spadek eksportu i spadkowa spirala demograficzna powodują obawy przed stagnacją.
Chiny zestarzeją się, zanim staną się bogate, ale rząd nie może zrobić nic innego, jak tylko poprosić młodzież, aby ciężej pracowała i zadowoliła się skromnym dobrobytem. Jednak głębsza przyczyna spadku atrakcyjności Chin leży w ich centralistycznym i autorytarnym systemie, który pozbawia wylęgarnię gospodarki rynkowej opartej na swobodnej wymianie informacji. Tam, gdzie niezależne opinie nie są mile widziane, ucierpią również badania i rozwój, które są głównym elementem każdego dobrobytu.
Natomiast przemysł amerykański odzyskuje równowagę. Nie ma wątpliwości, że system polityczny Stanów Zjednoczonych jest w opłakanym stanie, ale większość Amerykanów jest rozsądna, a ich siła gospodarcza pozostaje siłą na świecie. Od 2017 r. w sektorze produkcyjnym utworzono 530 000 nowych miejsc pracy netto. Wydaje się, że tendencja ta będzie rosnąć. Stopa bezrobocia wynosząca 3,7 proc. jest tak samo niska, jak za rządów Lyndona B. Johnsona.
Od końca 2021 r. inwestycje w zakłady produkcyjne na terenie USA wzrosły ponad dwukrotnie. Teraz w regionach oddalonych od dynamicznie rozwijających się wybrzeży, o których już sądzono, że zostały spisane na straty, buduje się nie tylko farmy fotowoltaiczne i wiatrowe, ale także produkuje się chipy, samochody elektryczne i akumulatory. W ostatnich latach firmy technologiczne, takie jak Intel, Amazon i Google, zainwestowały miliardy dolarów w nowe moce produkcyjne w Ohio, na terenie dawnego pasa rdzy w USA – dokładnie w tym obszarze często przytaczano jako ilustrację upadku kraju.
Łabędziemu śpiewowi amerykańskiego przemysłu towarzyszyła zazwyczaj teza, że kapitalizm amerykański odbywał się kosztem klasy średniej. Tutaj także wydaje się, że wszystko zmierza w innym kierunku. Według obliczeń Rezerwy Federalnej San Francisco od 2011 r. wynagrodzenia pracowników bez wyższego wykształcenia rosły szybciej niż wynagrodzenia absolwentów szkół wyższych. Wygląda także na to, że amerykański bank centralny poradził sobie z inflacją, która powoduje największe niezadowolenie społeczeństwa, nie wywołując przy tym głębokiej recesji i wysokiego bezrobocia.
Co nam to mówi? Po pierwsze, odporność i dynamika gospodarki wolnorynkowej na wzór amerykański pozostaje silna. Podczas gdy w latach 90. Niemcy i USA były na tym samym poziomie pod względem dochodu na mieszkańca, według danych Banku Światowego Amerykanie mają obecnie około 40 procent przewagi. Od 1990 do 2022 roku wydajność pracy po drugiej stronie Atlantyku wzrosła o 67 proc., na Starym Kontynencie zaledwie o 55 proc. Przewaga raczej nie ulegnie zmniejszeniu, bo Amerykanie są wyraźnie bardziej zainteresowani przyszłością: fundusz dożywotni Uniwersytetu Yale, uważany za wzorowo zarządzany, ma 23 proc. alokacji na venture capital. Przeciętny fundusz emerytalny w UE ryzykuje w tym obszarze rozsądne 0,02%.
Prawie w żadnym innym kraju na świecie warunki dla spółek nie są tak dobre jak w USA, nic więc dziwnego, że wyniki indeksu S&P500 nieustannie wyróżniają się na tle innych międzynarodowych indeksów giełdowych. Dobrobyt gospodarki wolnorynkowej, charakteryzującej się nieskrępowanym przepływem informacji, wydaje się być nie tylko kwestią systemową, ale także kulturową. Żaden kraj nie odkrywał się tak często na nowo i nie stworzył tak wielu wybitnych i wartościowych firm jak Stany Zjednoczone. Podczas gdy amerykańscy konkurenci potykają się, to, co Winston Churchill powiedział kiedyś o polityce kraju, odnosi się do amerykańskiej gospodarki: „Zawsze można na Amerykanów liczyć, że po wypróbowaniu wszystkich innych opcji postąpią właściwie”.



