Bez pracy nie ma kołaczy

Prawdziwy dramat tzw. frankowiczów nie polega na tym, że dali się naciągnąć bankom na kredyt w obcej walucie, ale na tym że przez ostatnie lata diametralnie zmieniła się ich sytuacja materialna. I to nie przez wysoki kurs franka.

Nazywam się Barbara i mam kredyt we frankach. To akurat o mnie. Ale tak brzmi jeden z tekstów krążących ostatnio w Internecie, pod rysunkiem przedstawiającym smutnych ludzi siedzących w kręgu na spotkaniu z terapeutą. Rzeczywiście, wszyscy oni terapeuty potrzebują. Wielu kredytobiorców nie śpi po nocach, trzęsie się, nie wie, co ma tak naprawdę zrobić. I liczy, nieustannie liczy. Niestety, widząc możliwe rozwiązania oferowane im przez rząd, mogą jak na razie liczyć tylko na siebie.
W tym państwie, jak zwykle, nikt na to państwo liczyć nie może. Frankowicze nie mają tak źle. Weźmy opisywany ostatnio przykład matki samotnie wychowującej troje dzieci, która z braku pieniędzy i miejsca do mieszkania zajęła pustostan przysposabiając go do zamieszkania i urządzając w nim czysty, schludny, przyjazny dzieciom dom. Ma nakaz eksmisji. Mało tego. Trafi do przytułku, a dzieci do domu dziecka… Czy nasze państwo nie jest naprawdę w stanie pomóc takim ludziom? Lepiej ratować upadłe górnictwo i protestujących górników z trzynastą pensją….
Chyba faktycznie frankowicze nie mają tak źle. Wszyscy zapominają jednak o tym, zapatrzeni w śrubujące w górę wyniki gospodarcze naszego państwa i wizję zielonej wyspy na mapie upadającej Europy, jak bardzo zmieniła się sytuacja ludzi z tzw. klasy średniej, której, jak podkreślają socjolodzy, naprawdę nie mamy choć moglibyśmy aspirować ze względu na wykonywane zawody i wykształcenie. Ale nie zarobki. Przez chwile były one atrakcyjne. I „polska klasa średnia (piszę w cudzysłowie, bo nie istnieje) kredyty brała. By żyć na jakimś poziomie, może za wiele chciała, Może własne mieszkanie o podwyższonym często standardzie to dla profesora, dziennikarza, naukowca to w naszym kraju zbyt wygórowane marzenie? Często w dyskusji o frankowiczach pada argument, że kredyty brali ludzie, których było na to stać.
Tak. Osiem, siedem, jeszcze sześć lat temu/ Wtedy jednak nie były codziennością umowy śmieciowe, nie upadały z dnia na dzień firmy, nie było tak wielu zwolnień, obniżek pensji, stawek, likwidacji stanowisk, tak częstego, niemal już nagminnego niedotrzymywania terminów płatności przez pracodawców, współpracowników, dostawców.
Przez ten czas mieliśmy i podwyżki energii, i gazu i czynszów. Wydatki gospodarstw domowych rosły. Płace nie. Dzisiaj, minimalne płaca to niewiele ponad 1700 złotych. I dużo ludzi się na taką płacę godzi, bo nie ma wyjścia. Godzi się na pracę za głodowe stawki, które proponowane są nawet ludziom z bardzo dobrym wykształceniem. A ilu ludzi z takim wykształceniem pracy teraz nie ma, albo pracę poniżej swoich kwalifikacji, albo pracę, która tych kwalifikacji nie docenia….Marnotrawstwo talentu, studiów, doświadczenia jest niemal powszechne. I to jest prawdziwa tragedia dzisiejszych frankowiczów.